www.mariusztravel.com logo




Antarktyda   Mapa     Film>>>
PORTAL POINT (listopad 2015)   zdjęcia

Choć cały rejs trwał 11 dni, połowa tego czasu przypadała na dopłynięcie do Antarktyki i powrót. Pierwsze zejście na ląd mieliśmy dopiero trzeciego dnia po południu na Szetlandach Południowych. Choć wtedy byliśmy już w Antarktyce, to jednak najbardziej wyczekiwanym momentem było postawienie stopy na kontynencie, a nie na wyspach. Załoga statku dobrze o tym wie i nie daje zbyt długo czekać. Tym bardziej, że warunki pogodowe cały czas się zmieniają i jeśli są dobre, to trzeba korzystać. Muszę tutaj zaznaczyć, że choć Antarktyda jako całość jest pustynią o najmniejszych opadach ze wszystkich kontynentów, to sam Półwysep Antarktyczny (miejsce zwykle odwiedzane przez turystów) charakteryzuje się dużym zachmurzeniem i łagodnym klimatem. Pisząc "łagodnym" mam na myśli dodatnie temperatury w czasie lata. Dlatego też najniżasza temperatura, jakiej doświadczyłem w czasie tej wyprawy to było -6° C. Oczywiście odczuwalna temperatura była niższa ze względu na wiatr. Jednak każdy, kto przeżył zimę w Polsce, bez problemu przeżyje lato a nawet wiosnę na Półwyspie Antarktycznym.

Dzień 4. Portal Point

Pierwsze lądowanie na kontynencie okazało się również najbardziej widokowe. W programie rejsu mieliśmy co prawda miejsca jeszcze bardziej spektakularne, ale tam niestety nie było dobrej pogody. Już w drodze ze statku na ląd widać było, że Portal Point będzie miejscem wyjątkowym. Zodiaki krążyły pomiędzy górami lodowymi i różnej wielkości bryłami lodu, które stanowiły przeszkodę w dopłynięciu do brzegu. Wszyscy jednak dotarli do kamienistej plaży i po wyjściu od razu ruszyli pod górę. Mając do dyspozycji 2 godziny, mogliśmy wejść na dwa niewielkie wzgórza i stamtąd podziwiać widoki. Nie było wiatru i było dość ciepło. Śnieg się topił, więc temperatura musiała być dodatnia. Wszyscy pasażerowie statku rozeszli się po okolicy i zajęli się robieniem zdjęć. Ten, kto skończył, mógł zejść do brzegu i popłynąć zodiakiem na przejażdżkę po okolicy. Kiedy czekałem na kolejną łódź, zobaczyłem grupkę pięciu pingwinów białobrewych. Przyglądały się ciekawie i chyba doszły do wniosku, że są bezpieczne, bo zaczęły podchodzić bliżej. Nasze siły były równe, 5 pingwinów na 5 turystów. To im dodało pewności siebie, były przecież na swoim terenie. Jeden pingwin, wyraźnie najodważniejszy, podszedł na wyciągnięcie ręki do Hiszpana w żółtej kurtce i obejrzał go dokładnie. Z tyłu przyglądała się reszta grupy. Pospacerowały tu i tam, pozwoliły nam na robienie zdjęć z bliskiej odległości i na koniec podreptały w swoją stronę. To było niezapomniane spotkanie!

Powrót na statek został poprzedzony zwiedzaniem zatoki. Z perspektywy łodzi wszystko wygląda zupełnie inaczej, niż z góry. Mogliśmy z bliska obejrzeć wspaniałe góry lodowe o najróżniejszych kształtach. W Antarktyce dominują 3 kolory: biały, szary i niebieski. Ten ostatni pojawia się jednak dopiero wtedy, gdy z bliska oglądamy góry lodowe pływające w krystalicznych wodach antarktycznych. Niebieski lód powstaje w głębokich warstwach lodowców, gdzie panuje ogromne ciśnienie. W procesie trwającym wiele lat formuje się lód pozbawiony elementów rozpraszających światło, takich jak pęcherzyki powietrza. Ale nawet biały lód pod wodą przybiera kolor niebieski, bo czerwone spektrum światła jest pochłaniane przez wodę w pierwszej kolejności. Niebieskie fale docierają głębiej. Aby sfotografować to, co jest pod wodą, najlepiej używać filtra polaryzacyjnego, który niweluje odbicie światła na powierzchni wody. Wtedy bardzo dobrze widać, że większa część góry lodowej znajduje się pod wodą. Zazwyczaj tylko 1/10 lodu wystaje ponad powierzchnię, reszta jest schowana pod wodą. Dopiero gdy podpłyniemy blisko góry lodowej, naszym oczom ukazuje się błękit podwodnego lodu. W Portal Point właśnie to najbardziej utkwiło mi w pamięci.