www.mariusztravel.com logo




Antarktyda   Mapa     Film>>>
CUVERVILLE ISLAND, PORT LOCKROY I DALLMANN BAY (listopad 2015)   zdjęcia

Każdy, kto wybiera się w podróż, ma jakieś wyobrażenie o tym, czego się spodziewć. Z Antarktydą jest podobnie. Pingwiny, wieloryby, orki, niebieskie niebo, połyskujące w słońcu góry lodowe. W programie rejsu nazwy takie jak "Kodak Gap" czy "Paradise Bay" obiecują niesamowite widoki. Niestety, każdy, kto naogląda się podrasowanych w photoshopie zdjęć z katalogów promocyjnych, będzie rozczarowany. Niebo nie zawsze jest niebieskie, a realizacja programu jest uzależniona od warunków pogodowych. W naszym przypadku, niepowodzeniem zakończyła się próba przepłynięcia Kanału Lemaire, nazywanego "Kodak Gap" ze względu na to, że jest wyjątkowo fotogeniczny. Dość często, szczególnie na początku sezonu, kanał jest zablokowany przez lód. Dlatego też o 6.00 rano, zamiast pobudki, przez głośniki usłyszeliśmy, że możemy spać dalej. Lodu było zbyt dużo i musieliśmy zawracać. Trudno, siła wyższa.

Dzień 5. Cuverville Island

Ponieważ nie udało się nam dopłynąć do wyspy Petermann, zrealizowaliśmy plan B. Popłynęliśmy na wyspę Cuverville, nazwaną nazwiskiem wiceadmirała francuskiej floty. Wyspa z pewnością jest bardzo piękna, ale nie było nam dane ją podziwiać. Pogoda była niezbyt sprzyjająca. Niskie chmury przesłaniały widoki, do tego padał śnieg i wiał silny wiatr. Dlatego nasza uwaga skupiła się na kolonii pingwinów białobrewych, bo one robiły swoje bez względu na pogodę. Spacerowały, pływały, znosiły kamienie do gniazd. Mogliśmy też oglądać próby wykradnięcia jaj podejmowane przez wydrzyka brunatnego (skuę). Wydrzyk krążył nad kolonią pingwinów i wypatrywał dogodnego momentu, żeby zaatakować. Kiedy nadlatywał, pingwiny nastawiały rozwarte dzioby i odpędzały drapieżnika, ale on powracał po jakimś czasie. Pingwiny musiały wciąż mieć się na baczności. W innym miejscu na śniegu leżało jajko, które z pewnością porwała skua. Musiały tam być jakieś resztki, bo jeden z pingwinów się do nich dobierał. Warunki antarktyczne są bardzo surowe, tutaj nic nie może się zmarnować. Po powrocie nad wodę zauważyłem, że pływają tam pingwiny. Ponieważ miałem do dyspozycji kamerkę Go Pro, postanowiłem je nagrać. Wsadziłem ręce po łokcie w lodowatą wodę i przytwierdziłem kamerę kamieniami. Udało się to dopiero po kilku próbach, ale było warto. Po kilku minutach pingwiny przepłynęły tuż koło kamery. Nie przypuszczałem, że pomimo niesprzyjającej pogody z Cuverville Island przywiozę jedno z najlepszych ujęć tej wyprawy.  Obejrzyj film >>>


Dzień 5. Port Lockroy

W Archipelagu Palmera znajduje się jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc Antarktyki. Chodzi o Port Lockroy, gdzie znajduje się dawna baza brytyjska przekształcona w muzeum. Miejsce to zostało odkryte w 1904 roku i było znane jako jeden z najbezpieczniejszych, naturalnych portów tej części świata. W latach 1911-31 była tu baza wielorybnicza. Obróbka wielorybów wymagała dużej ilości słodkiej wody, a Port Lockroy znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie lodowca. Brytyjczycy założyli bazę wojskową w 1944, aby monitorować aktywność wroga w okolicy Półwyspu Antarktycznego. Po wojnie baza została przekazana naukowcom i funkcjonowała do 1962 roku. Po jej opuszczeniu budynki podupadły i dopiero w 1996 roku Brytyjczycy odrestaurowali bazę. Starali się zachować jej wygląd i wyposażenie z 1962 roku. Od tamtej pory służy jako muzeum. Można tutaj zobaczyć wiele zabytkowych przedmiotów służących kiedyś mieszkańcom bazy. Stare sanie, narty, sprzęt do komunikacji, meble, racje żywnościowe. Uwagę zwracają namalowane przez dawnych mieszkańców kobiety, co miało być namiastką ich obecności podczas zimowych, długich antarktycznych nocy.

Port Lockroy jest udostępnione do zwiedzania tylko w sezonie turystycznym. Największą popularnością cieszy się sklep i poczta, gdzie można kupić pamiątki oraz kartki pocztowe i znaczki z napisem "Brytyjskie Terytorium Antarktyczne". Rocznie wysyłane jest stąd 70 tysięcy kartek, a trzeba pamiętać, że w Port Lockroy pracują tylko 4 osoby. Wysłane kartki są transportowane na Falklandy, a stamtąd samolotem do Wielkiej Brytanii. Moje kartki dotarły do Polski w ciągu 3 tygodni.

Dzień 6. Dallmann Bay

Następnego dnia rano pogoda nam dopisywała. Przypłynęliśmy do Dallmann Bay i przygotowaliśmy się do zwiedzania. W planie było tylko pływanie zodiakiem, bez wychodzenia na ląd. Miało to znaczenie o tyle, że kalosze nie były konieczne, można było ubrać ciepłe buty zimowe. Choć akurat tutaj było ciepło, od rana świeciło słońce i w ogóle nie było wiatru. Powierzchnia wody była płaska jak stół. Wypłynęliśmy zodiakiem i chwilę potem pokazał się grzbiet wieloryba. Podpłynęliśmy bliżej  i w ciszy obserwowaliśmy dwa olbrzymy wynurzające się co jakiś czas. Płynęły w naszą stronę. Wieloryby, jako ssaki, są żyworodne, w pierwszej fazie życia odżywiają się mlekiem matki. Nie mają skrzeli tylko płuca. Dlatego muszą się wynurzać, żeby nabrać powietrza. Kiedy oddychają, wyrzucają w górę fontanny wody wysokie na kilka metrów. Dzieje siętak dlatego, że przed wzięciem pierwszego oddechu, z dużą siłą wypuszczają z płuc zużyte powietrze. Tak więc siedząc w zodiaku wypatrywaliśmy miejsca, gdzie pojawi się fontanna. Czasami trzeba długo czekać. Na koniec jeden z nich wynurzył ogromną tylną płetwę i było oczywiste, że oddalają się coraz bardziej i już nie wrócą. Popłynęliśmy w drugą stronę oglądać morski lód i góry lodowe pływające w zatoce. Na jednej z nich usadowiła się parka fok i nawet nie zwracała uwagi na to, że jesteśmy blisko. Dobrze wiedziały, że są bezpieczne. Powiał lekki wiatr i z gór zaczęly napływać niskie chmury. Wkrótce znaleźliśmy się w gęstej mgle. Wszystkie zodiaki wzięły kurs na statek i razem popłynęliśmy do "domu". Kucharze, korzystając z dobrej pogody, rozpalili grilla i piekli wielkie kawały argentyńskiej wołowiny oraz baraniny. Jak wiadomo, argentyńske mięso należy do najlepszych na świecie, więc obiad był bardzo dobry.

Odnośnie posiłków na statku, opinie były różne. Śniadanie było zawsze w formie bufetu, z bekonem, jajecznicą, owocami, płatkami śniadaniowymi itd. Obiady i kolacje były serwowane. Czasami było zwykłe ravioli polane sosem i posypane kawałkami podsmażonej szynki, a innym razem był łosoś i warzywa. Najlepsza kolacja była oczywiście zarezerwowana na zakończenie, kiedy już byliśmy w Cieśninie Magellana. Miejsca w restauracji nie były przydzielane i każdy siadał, gdzie chciał i gdzie było wolne miejsce. Dzięki temu przy stole siadało się z różnymi osobami, co sprzyjało poznawaniu się i integracji. Na statku było ponad 20 narodowości, ale prawie zawsze wspólnym językiem był angielski.