www.mariusztravel.com logo




Antarktyda   Mapa     Film>>>
BROWN STATION, FOYN HARBOUR, WYSPA ZWODNICZA ORAZ YANKEE HARBOUR   zdjęcia

O ile w Neko Harbour pogoda była jeszcze znośna, o tyle następnego dnia powróciła zima. Każdego dnia rano po przebudzeniu wyglądałem przez bulaj (małe, okrągłe okno w kajucie) z nadzieją na słońce. Tego dnia byłem wyjątkowo zawiedziony, bo przecież płynęliśmy do Paradise Bay (Rajskiej Zatoki), a na zewnątrz padał śnieg. Widoczność była bardzo słaba, niebo i woda zlewały się w mleczno-szarą papkę, bombardowaną przez wielkie płaty śniegu gnane wiatrem. Taki widok nie mobilizuje do działania, ale ważne jest, żeby robić swoje. Wstać, zjeść śniadanie i przygotować się do zejścia na ląd. Ubrać się ciepło, na cebulkę. Założyć nieprzemakalną kurtkę i spodnie. Do kaloszy zawsze mieć grube, ciepłe skarpety. Na szyję zawiesić gogle, które w razie potrzeby można założyć na twarz i ochronić ją przed wiatrem i śniegiem. Nie zapomnieć o kamizelce ratunkowej, bez której nie można wejść do łodzi.

Dzień 7. Brown Station

To było nasze trzecie, ostatnie lądowania na kontynencie. Brown Station jest argentyńską stacją polarną czynną w sezonie letnim. Nazwa stacji brzmi z angielska, co może dziwić ze względu na konflikt argentyńsko-angielski o Falklandy (Malwiny). Dlaczego Argentyna tak nazwała to miejsce? Bo William Brown miał pochodzenie irlandzkie a nie brytyjskie. W czasie walk o niepodległość w pierwszej połowie XIX wieku Brown został dowódcą nowo powstałej floty Argentyny. Był niezwykle utalentowny i miał ogromne zasługi w pokonaniu Hiszpanii. Dlatego też jest jednym z najważniejszych argentyńskich bohaterów narodowych.

Ponieważ był jeszcze listopad, stacja była nieczynna. Budynki otaczała gruba pokrywa śnieżna nagromadzona podczas zimy plus około 20cm świeżego śniegu. Ten świeży śnieg napadał w ciągu ostatnich godzin i sprawiał trochę problemów pingwinom, które nie zdążyły jeszcze przetrzeć swoich szlaków. Ich kolonia była na małym wzgórzu, z którego zjeżdżały na brzuchach. Inne próbowały chodzić na swoich krótkich nóżkach i często się przewracały. Postanowiliśmy je naśladować - wchodziliśmy na wzgórze i zjeżdżaliśmy w dół po miękkim śniegu. Z tą tylko różnicą, że pingwiny ślizgały się na brzuchach, a my na plecach.

Dalsza część zwiedzania odbyła się na zodiakach. Pływaliśmy wzdłuż skał, gdzie gniazdowały kormorany. Dopłynęliśmy do zatoczki pełnej lodu i powoli przedzieraliśmy się dalej. Kawałki lodu były z trzaskiem mielone przez śrubę napędową. Kiedy zbliżaliśmy się do czoła ogromnego lodowca, zaczęło się przejaśniać. Pokazały się zarysy otaczających nas gór. Ależ to są góry! Lodowiec też robił niemałe wrażenie. Szczególnie w porównaniu z naszymi zodiakami, które wydawały się malutkimi łupinkami na tle niebieskiego lodu. Nie mogliśmy podpłynąć zbyt blisko, bo od lodowca w każdej chwili może się oderwać kawał lodu. Kiedy wpada do wody, powstaje niebezpieczna dla małej łodzi fala. Mówimy tu o bryłach lodu wielkości domu, a nawet kilku domów, więc nie ma żartów. Powoli wróciliśmy na statek i odpłynęliśmy na północ.

Dzień 7. Foyn Harbour

W ciągu dnia dotarliśmy do następnego miejsca, które mieliśmy zwiedzać, czyli Foyn Harbour. Jak zwykle statek stanął z dala od brzegu. Następnie w dwóch grupach popłynęliśmy zodiakami do zatoki, gdzie znajduje się wrak statku Guvernoren. Statek ma długą historię i kilka razy zmieniał właścicieli, aż w końcu trafił do Antarktyki. Od 1913 roku był pływającą fabryką do połowu wielorybów. Były to czasy rozkwitu wielorybnictwa, które doprowadziły niemal do wyginięcia wielu waleni. Z wielorybów pozyskiwano wiele cennych surowców, takich jak olej, spermacet, ambra czy fiszbin. Olej wielorybi był między innymi smarem do maszyn, paliwem do lamp ulicznych czy tłuszczem do produkcji mydła. Spermacet był niezastąpiony jako znakomity olej smarowy. Ambra – prawdopodobnie wynik niestrawności kaszalota – jako surowiec przemysłu perfumeryjnego była warta tyle złota, ile sama ważyła. Fiszbin wykorzystywano do produkcji parasoli, szczotek a nawet sprężyn zegarkowych.

Wyprawy wielorybnicze trwały nawet kilka lat, bo należało zabić i oprawić około 200 wielorybów. Statek wracał, kiedy miał w ładowni kilkanaście tysięcy baryłek oleju. Właśnie z takim ładunkiem w 1915 roku płynął Guvernoren, kiedy na pokładzie wybuchł pożar. Statek sztrandował w Foyn Harbour i cały ładunek przepadł, ale nikt z załogi nie zginął. Wrak statku pozostawiono w tym miejscu do dziś. Opłynęliśmy go z trzech stron, zaglądając do środka przez dziury w metalowym kadłubie. Od pażaru minęło dokładnie 100 lat, a połowy wielorybów od dawna są zakazane (tylko kilka krajów robi to pod pretekstem badań naukowych). Co ciekawe, Foyn Harbour zawdzięcza swą nazwę pewnemu Norwegowi o nazwisku Foyn. Był on łowcą fok i wielorybów, który w drugiej połowie XIX wieku opatentował działo harpunnicze, które zrewolucjonizowało przemysł wielorybniczy. Ładunek wybuchowy nie tylko pozwalał wystrzelić harpun z dużej odległości. Materiał wybuchowy był także mocowany na końcu stalowego harpunu. Eksplodował w ciele trafionego zwierzęcia i zabijał je praktycznie od razu.

Dzień 8. Wyspa Zwodnicza

Nocą popłynęliśmy dalej na północ w kierunku Szetlandów Południowych. Wyspa Zwodnicza (angielska nazwa Deception Island) jest wierzchołkiem wypełnionej wodą kaldery wulkanu o średnicy 12 km. Ma kształt podkowy, do której można wpłynąć wąskim przesmykiem Neptune's Bellows o szerokości 230 metrów. Na środku przesmyku czai się podwodna skała Ravn Rock, co dodatkowo utrudnia manewr. Ale kiedy statek wpłynie już do podkowy, ma do dyspozycji jeden z najbezpieczniejszych portów Antarktyki. Co nie znaczy, że jest zupełnie bezpiecznie. W 2006 roku rosyjski statek MV Lyubov Orlova osiadł na mieliźnie i musiał był odholowany. Dająca ochronę przed sztormami wyspa była wykorzystywana przez łowców fok i wielorybników, a potem przez naukowców z różnych krajów świata. Ze względu na wulkaniczny charakter jest wyjątkowa i aż trzy kraje uważają wyspę za swoje terytorium (Chile, Argentyna i Wielka Brytania). W 1942 roku Argentyńczycy namalowali tam swoje flagi, w 1944 roku Anglicy je usunęli i założyli stałą bazę naukową. To samo zrobili potem Chilijczycy. Amerykanie w 1964 roku wysłali swój lodołamacz, który utknął na mieliźnie. Sama natura położyła kres tym zmaganiom, kiedy w 1967 oraz 1969 roku podczas erupcji wulkanu obie stacje badawcze zostały zniszczone. Obecnie na wyspie znajdują się dwie nowe, czynne w sezonie letnim stacje (argentyńska i hiszpańska).

O 6.30 rano wpływaliśmy do środka Wyspy Zwodniczej. Większość pasażerów wyszła popatrzeć na ten manewr pomimo niezbyt sprzyjającej pogody. Kiedy płynęliśmy zodiakami do brzegu w Zatoce Wielorybników, duże płatki śniegu gnane wiatrem sypały w twarz. Wylądowaliśmy na czarnej, wulkanicznej plaży. Przywitało nas kilka pingwinów, które dopiero co wynurzyły się z wody pełnej brył lodu. Niektórzy poszli na spacer wzdłuż piaszczystej plaży, gdzie można oglądać stare, drewniane łodzie, kotły grzewcze, zbiorniki na olej, baraki, elementy maszyn - pozostałość po działalności wielorybników. Inni woleli popatrzeć na grupę śmiałków, którzy postanowili spróbować Polarnej Kąpieli. Jest to już tradycja na tego typu wyprawach, żeby taką kąpiel zaoferować. Chętni ubierają strój kąpielowy jeszcze na statku, żeby nie tracić czasu na plaży, gdzie temperatura jest w okolicach zera. W naszym wypadku dochodził jeszcze wiatr i śnieg. Niektórzy zanurzali się w lodowatej wodzie do połowy, a niektórzy nawet pływali po kilka metrów. Po wyjściu z wody przewodnik czekał z ręcznikiem. Po ubraniu się każdy od razu wracał na statek. W sumie kilkanaście osób zdecydowało się na kąpiel, choć początkowo chętnych było tylko kilka osób. Pomimo marnej pogody nikt się nie palił do powrotu na statek, bo to miało być nasze ostatnie zejście na ląd. Trudno, wszystko kiedyś się kończy...

Dzień 8. Yankee Harbour

Po powrocie z Wyspy Zwodniczej zjedliśmy obiad i przygotowywaliśmy się psychicznie na Cieśninę Drake'a. Statek przepływał właśnie pomiędzy wyspami Livingston i Greenwich, kiedy ogłoszono niespodziankę - jeszcze jedno zejście na ląd! Zatrzymaliśmy się przy Wyspie Greenwich w miejscu zwanym Yankee Harbour i kolejny raz zodiaki przetransportowały nas na ląd. Mieliśmy 1.5 godziny na spacer po cyplu, gdzie swoją kolonię założyły pingwiny. Na śniegu wylegiwało się też kilka fok. Wkrótce chmury zaczęły odpływać i pokazało się piękne, niebieskie niebo. Szkoda, że dopiero ostatniego dnia, ale dobre i to.

Kiedy opuszczaliśmy już Szetlandy Południowe, słońce jeszcze świeciło, ale zerwał się silny wiatr. Mijaliśmy ostatnie wysepki i skały a fale stawały się coraz większe. Wkrótce niektórzy połykali tabletki na chorobę morską, bo statek przechylał się mocno na boki. Jeszcze tylko raz wyszedłem na zewnątrz, żeby obejrzeć mijane góry lodowe. Ale jakie to były góry! Sam kapitan statku wyszedł zrobić im zdjęcia. Potężne, długie na kilkaset metrów. W zasięgu wzroku było ich kilkadziesiąt, coś jakby pas ogromnych gór lodowych. Tak daleko od Antarktydy mogły dopłynąć tylko te największe.

Dzień 9 - 11. Powrót do Ushuaia

Kolejne dwa dni przeznaczone były na pokonanie wzburzonych wód Cieśniny Drake'a. Nie bujało tak mocno, jak w drodze na Antarktydę, ale jednak statek odchylał się o 20 - 25 stopni. Wiele osób wolało pozostawać w kabinie, a pozostali przychodzili na wykłady na temat Antarktyki. Wieczorem można było obejrzeć film czy posiedzieć w barze. Jakoś zleciało. Pod koniec 10. dnia wpłynęliśmy już do Cieśniny Magellana i od razu jakby ręką odjął. Przestało bujać w samą porę, bo wystrojona załoga wręczała wszystkim pasażerom certyfikaty poświadczające uczestnictwo w rejsie. Następnego dnia rano wpłynęliśmy do portu w Ushuaia. Tym samym zakończył się rejs i wielka antarktyczna przygoda.

Antarktyda nie jest dla wszystkich. Pomijam kwestię zaporowej ceny (sam rejs ponad 5 tys USD), po prostu trzeba lubić surowe piękno okolic koła podbiegunowego. Ważne jest, aby być gotowym na kapryśną pogodę, od której uzależniona jest realizacja programu. Nie wszyscy dobrze znoszą dwudniową przeprawę przez Cieśninę Drake'a (choć tutaj pomagają tabletki). W nagrodę każdy, kto zdecyduje się na taką wyprawę, będzie miał niezapomniane wspomnienia, tysiące niesamowitych zdjęć i filmów oraz ogromną satysfakcję. Wynika ona z tego, że niewielu ludzi na świecie może się pochwalić postawieniem stopy na Antarktydzie. Jeśli chodzi o osoby z Polski, jest to naprawdę garstka - w zeszłym sezonie tylko 76 osób! Tak wynika ze statystyk IAATO. Można się spodziewać, że coraz więcej turystów będzie chciało odwiedzić Antarktydę. Jest to jedno z ostatnich miejsc jeszcze dziewiczych, niezmienionych przez człowieka i masową turystykę. Jak długo jeszcze?