www.mariusztravel.com logo




Antarktyda   Mapa 2018     Film>>>
PORT LOCKROY, ORNE HARBOUR ORAZ WYSPA ZWODNICZA   zdjęcia

Półmetek rejsu mieliśmy już za sobą i powoli zmierzaliśmy na północ. Do tej pory widzieliśmy ogromne góry lodowe, kolonie pingwinów, foki i wieloryby. Te ostatnie pojawiały się niespodziewanie w różnej odległości od statku. Jeśli w okolicy wielorybów było wyjątkowo dużo, załoga informowała o tym przez megafon. Na statku nie było chyba nikogo, kto by wieloryba nie zobaczył. Czasami mijaliśmy góry lodowe w bardzo bliskiej odległości. Wydawało się, że na wyciągnięcie ręki. Kapitan raczej nie robił tego po to, żeby pasażerom sprawić przyjemność. Po prostu musiał szukać najlepszej drogi pomiędzy górami lodowymi, które były co najmniej tak duże, jak nasz statek.

Dzień 6. Port Lockroy i Orne Harbour

Z rana dopłynęliśmy do zatoki Port Lockroy. Na wysepce Goudier Island znajduje się dawna baza brytyjska, dziś funkcjonująca jako muzeum i poczta. Jest to bardzo popularne miejsce wśród turystów pływających po Antarktyce. Można kupić wiele pamiątek a także wysłać kartki pocztowe. Rocznie turyści wysyłają ich aż 70 tysięcy. Wszystkie przechodzą przez ręce czterech pracowników, którzy opiekują się bazą w sezonie letnim. Akurat w sezonie 2017 - 18 w Port Lockroy pracowały same kobiety. Jest to praca ciężka, fizyczna, ale mimo to co roku kilkadziesiąt osób składa aplikację. Magia Antarktydy. Biały kontynent przyciąga jak magnes. Dlatego już 100 lat temu Sir Ernest Shackleton, szukając chętnych na swoją wyprawę transantarktyczną, dał takie ogłoszenie: "Poszukiwani ochotnicy na niebezpieczną wyprawę. Płace niskie. Straszliwe zimno. Długie miesiące w zupełnej ciemności. Bezpieczny powrót mało prawdopodobny. W przypadku sukcesu - honor i sława". Zgłosiło się 5 tysięcy osób!

Samo muzeum jest bardzo ciekawe. Pokazuje, że dawniej życie tutaj było bardzo nieciekawe. Mężczyźni zostający w bazie na zimę byli zdani na samych siebie. Noc polarna, mała przestrzeń życiowa i świadomość odosobnienia. Brak damskiego towarzystwa rekompensowały rysunki na ścianach, przedstawiające roznegliżowane kobiety. Panowie mieli do dyspozycji książkę kucharską. A w niej przepis na omlet z foczych móżdżków. 2 focze mózgi, 4 jaja pingwina, masło, sól i pieprz. Omlet gotowy!

Po południu nadszedł czas na kontynent Antarktydy. Wszystkie poprzednie zejścia na ląd to były wyspy. Teraz stawiamy stopę na samej Antarktydzie. Orne Harbour to było jedno z najpiękniejszych miejsc tej podróży. Znajduje się na Półwyspie Arctowskiego, a nazwa upamiętnia polskiego podróżnika i naukowca, który brał udział w belgijskiej wyprawie na Antarktydę pod koniec XIX wieku.

Dzień 7. Wyspa Zwodnicza

Ostatni dzień zapowiadał się bardzo ciekawie. Wcześnie rano wpłynęliśmy do środka zalanej kaldery aktywnego wulkanu i znaleźliśmy się w środku Wyspy Zwodniczej. Najpierw popłynęliśmy zodiakami do Telefon Bay i poszliśmy na spacer po okolicy. Czarna, wulkaniczna ziemia, kratery i piękne widoki. Ale jeszcze ciekawiej było w Pendulum Cove, bo tam była okazja zakosztować kąpieli. Polarnej kąpieli! Woda lodowata, ale i tak około 20 osób zdecydowało się wejść (na 90 pasażerów). Po powrocie na statek czekały na nas złe wieści. Otóż do Cieśniny Drake'a zbliżał się sztorm i kapitan zdecydował, że musimy wyruszyć w drogę powrotną tak szybko, jak to możliwe. To oznaczało, że przepadł nam ostatni punkt programu - Hannah Point na wyspie Livingston. Jest to wyjątkowo atrakcyjne miejsce jeśli chodzi o przyrodę, ale na siłę wyższą nie ma rady i wszyscy taką decyzję kapitana zaakceptowali ze spokojem. Dla mnie był to dowód na to, że rejs spełnił wszystkie oczekiwania i nawet bez Hannah Point wracaliśmy w pełni usatysfakcjonowani.

Kolejny dzień spędziliśmy pokonując Cieśninę Drake'a, która była dla nas łaskawa. Na koniec jak zwykle podsumowania, zamykanie rachunków, ceremonia rozdania certyfikatów. Pożegnanie z załogą, która w profesjonalny sposób dbała o wygodę i bezpieczeństwo. Fantastyczna przygoda, niezapomniane chwile i spełnienie największych podróżniczych marzeń.